Zdjęcie z dnia operacji, kilka godzin po. Było znieczulenie dolędźwiowe, a before sponsorował głupi jaś, po którym ślicznie odleciałam, jak za każdym razem, gdy takowego dostawałam. Masa kroplówek – od 16 do 24 dostałam około dziewięciu, w nocy już nie mam pojęcia, bo pielęgniarki genialnie się spisywały i nie budziły mnie w nocy.
Co do jedzenia, było genialne! O ironio – w szpitalu zawsze się narzeka, no ale prywatna placówka, to inna ranga… Traf chciał, że trafiłam do takiej i to na koszt NFZ.
Następnego w okolicach 12 uruchamianie. Powoli, najpierw kilka ćwiczeń na łóżku, a później premiera o kulach. Dren się dynda przy bandażu, ja pierwszy raz trzymam kule w rękach ale idę! Czekałam na tą chwilę od dnia poprzedniego, kiedy to odpowiedzieli mi „dziś nie ma pani pionizacji, proszę leżeć!”, na pytanie KIEDY MOGĘ WSTAĆ?!
Zdjęcie z dnia, w którym odbyła się operacja, jakieś 6-7h po.
Teraz dieta bogata w białko, dla szybszej regeneracji tkanek. Mniej kalorii, bo mniej ruchu aczkolwiek robię wszystko, by rehabilitacją też się zmęczyć, no i robię brzuszki. ;] Latanie z kulami też świetnie wpływa na rzeźbę i siłę rąk,o tak! Pokusiłam się nawet o zrobienie przysiadów na jednej nodze – tak mnie już nosi, a niby niecały tydzień jestem uziemiona.
Nie mogę się doczekać, aż będę mogła włożyć adidasy i pójść na trening!
Do przodu! Siła!

