piątek, 19 lipca 2013

Pooperacyjny fun

Jest po. Nie poszły teraz/jeszcze kolana pod nóż, no ale niemniej - narkoza była i ma się świetnie.
Pierwsza noc bez ketanolu -hell yeah! Obudziłam się spuchnięta, no ale dzięki temu przynajmniej nie boli.
Sześć cholernych szwów na 2 tygodnie - i jak żyć człowieku? Jak jeść?! Wirtualnie w mojej głowie przemierzam sklepowe alejki i zastanawiam się, które produkty, z którymi mogę zmiksować tak, by dało się to przełknąć.
Generalnie czuję się dobrze i już jestem myślami na treningach. Nawet kusi mnie zrobienie kilku przysiadów teraz,zaraz,tu :P Zmuszę się jednak do odpuszczenia -zdrowy rozsądek przebija się gdzieś przez mgłę :D

Treningi? Czwartkowy wszedł wyśmienicie, dołożyłam jeszcze w piątek i w sobotę ledwo przebierałam nogami. W niedziele delikatny marsz na rozruch. W poniedziałek coś było ze mną nie tak. Nie wiem czy tylko psychicznie/fizycznie czy psycho-fizycznie nie byłam w stanie nic zrobić. Sztanga mnie przerosła, nerw skakał do granicy skali. Może to typowa babska reakcja na....? Nie,nie na okres.
Wtorek, to sygnał, że jednak operacja się odbędzie, więc +10000 do samopoczucia. Poleciał trening 1000 kalorii +abs + marsz+przysiady. Dzień przed narkozą,czyli w środę - trochę zbastowałam,bo podobno mocny wysiłek przed operacją jest niewskazany - tabata +abs+marsz+przysiady.

Kolana mają się dobrze. Czwartek/piątek było średnio. Później wszystko przerzuciło się na kręgosłup. Po poniedziałku raczej nie mają po czym boleć....

I tylko jedno mnie gryzie,drapie i dusi. No ale nic sama na to nie poradzę.

środa, 10 lipca 2013

Nic z tego nie będzie. Żaden pajac nie wytrąci mnie z równowagi! ŻADEN.
Dziś pierwszy dzień bez jakiegokolwiek treningu - chyba było mi to potrzebne, bo nawet nie ciągnęło mnie do zakładania adidasów. ALE nie byłabym sobą, gdybym przynajmniej nie "odstawiła" windy, nie latała po schodach i nie wysiadała trzy przystanki wcześniej... Niemniej, potrzebuję dnia w piżamach, z dala od wszystkiego i wszystkich. Albo gdzieś z dala od prądu, całej cywilizacji - obudzić się, wyjść z namiotu/ domku i zastać budzące się jezioro.... I NEED IT  N O W!
Mój cheat day się rozjechał. Totaaaaaaalnie. Za dużo stresu dało się chyba we znaki. Wracam. Zmiana miejsca dobrze robi, świadomość jutrzejszego treningu robi jeszcze lepiej.
Dziwny stres przed analizą składu ciała....jeśli jutro okaże się być gorzej, niż było albo bez zmian, to się chyba zastrzelę. -.-
Usłyszałam, że wszystko wskazuje na przetrenowanie z mojej strony, więc odpowiedziałam tylko oto tym filmikiem:

Przetrenowanie, to mit.

Śmieszne, wciąż powtarzają mi, że jestem dietetykiem i....bla,bla,bla. Dzięki Bogu jestem TYLKO dietetykiem, a nie TRENEREM. Poza tym pod latarnią najciemniej,podobno. Dlaczego podobno sie "przetrenowałam"? Jeśli faktycznie do tego doszło, to tylko dlatego, że dla mnie nie ma nic bardziej świętego od treningu, a są tacy, co zapieprzają więcej. Proste, nie? 


No, a zdjęcie...Moja fanaberia. Zostało mi trochę "do zapchania" w dziennym zapotrzebowaniu, więc popłynęłam z inwencją. Serek naturalny homogenizowany, masło orzechowe i maliny. "Bicz pliz", jestem w niebie.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Chce mi się nic. I jeszcze więcej.

Wyprana. Zmięta. Nijaka. Oto tak się czuję od dobrych kilku dni. Nie wiem, czy to kwestia niskiego poziomu węgli, pogody, problemów czy układu gwiazd ale chce mi się NIC. No i ta wiadomość, że dziś nie ma treningu!!! Cały dzień podporządkowany, zwiększony poziom węgli, którego nie dało się wyhamować, bo za późno się dowiedziałam, że nie trenuję dzisiaj tak, jak powinnam.
Zmusiłam się - dosłownie - do zrobienia marszu. Wyglądało to, jak bieg żółwia przez płotki. Sił mi brak, aaaaaa!
Znów kalkulator, znów zeszyt i znów obliczenia. 
Kolano działa. Torbiel pękła, więc "do następnego razu". Zobaczymy, co czas przyniesie. Mam się nie przejmować na zaś.

Aaaaaa, mimo wszystko coś mnie cieszy - dzisiejsza noc była cudowna! :)