Jest po. Nie poszły teraz/jeszcze kolana pod nóż, no ale niemniej - narkoza była i ma się świetnie.
Pierwsza noc bez ketanolu -hell yeah! Obudziłam się spuchnięta, no ale dzięki temu przynajmniej nie boli.
Sześć cholernych szwów na 2 tygodnie - i jak żyć człowieku? Jak jeść?! Wirtualnie w mojej głowie przemierzam sklepowe alejki i zastanawiam się, które produkty, z którymi mogę zmiksować tak, by dało się to przełknąć.
Generalnie czuję się dobrze i już jestem myślami na treningach. Nawet kusi mnie zrobienie kilku przysiadów teraz,zaraz,tu :P Zmuszę się jednak do odpuszczenia -zdrowy rozsądek przebija się gdzieś przez mgłę :D
Treningi? Czwartkowy wszedł wyśmienicie, dołożyłam jeszcze w piątek i w sobotę ledwo przebierałam nogami. W niedziele delikatny marsz na rozruch. W poniedziałek coś było ze mną nie tak. Nie wiem czy tylko psychicznie/fizycznie czy psycho-fizycznie nie byłam w stanie nic zrobić. Sztanga mnie przerosła, nerw skakał do granicy skali. Może to typowa babska reakcja na....? Nie,nie na okres.
Wtorek, to sygnał, że jednak operacja się odbędzie, więc +10000 do samopoczucia. Poleciał trening 1000 kalorii +abs + marsz+przysiady. Dzień przed narkozą,czyli w środę - trochę zbastowałam,bo podobno mocny wysiłek przed operacją jest niewskazany - tabata +abs+marsz+przysiady.
Kolana mają się dobrze. Czwartek/piątek było średnio. Później wszystko przerzuciło się na kręgosłup. Po poniedziałku raczej nie mają po czym boleć....
I tylko jedno mnie gryzie,drapie i dusi. No ale nic sama na to nie poradzę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz