piątek, 28 czerwca 2013

Cheat meal i moja treningowa porażka. Gdzie te studia?

Miało być bez wyrzutów sumienia, więc 1700kcal pochłonęłam w ciągu 1,5h, kończąc w okolicach 9:30... No ok 1200 + 500 budząc się o 3 nad ranem,któryś tam raz pod rząd tej nocy. A wszystko przez nerwy i rosnącą frustrację, że wczorajszy trening nie wyszedł przez kolano. Miało być pięknie, miałam zostać zmieciona na szufelkę po treningu i wrzucona do szatni. Moje kolano miało inny plan.;/ Ból nie frustrował tak, jak fakt, że oni zapieprzają, a ja siedzę, jak ten debil na macie... Chłodzę, wsmarowuję świdrujące noc maści, zeżarłam wczoraj różowe tabletki przeciwbólowe, a dziś leżę, jak zwłoki na łóżku i używam swojej siły perswazji tłumacząc, że NIE boli i, że to mnie NIE zatrzyma. To chyba jedyna rzecz, która doprowadza mnie do TAKIEJ paniki. Wizja kolejnych kilku miesięcy przesiedzianych na dupie nie napawa szczęściem. W poniedziałek będzie lepiej. W poniedziałek będę prosiła,żeby trening już się skończył. W poniedziałek chcę dostać po tyłku podwójnie. Tomek kazał się nie mazać.

Co do samego cheata. Nie czuję spełnienia, ekstazy i radości małego dziecka. Wychodzi,że samo przygotowywanie się do niego wyzwalało więcej podniecenia, niż samo jedzenie. o.O Fakt, że nie poszło wczoraj tak, jak miało pójść przyćmiewa cały fun dietowej odskoczni. A może po prostu nie zjadłam tego, co gdzieś tam moje ukryte chęci kryją? Tego, co doprowadziłoby mnie do podniebnej rozkoszy i poetyckiego uniesienia? Jajejjjj....cukry przestają sprawiać mi radość. Starzeję się! Następna akcja za tydzień. Zeżarłam wszystko, na co zebrała mi się rzekoma ochota przez te 10 dni iiiiiiii....nie przekroczyłam swojego "normalnego" zapotrzebowania na węgle. "Czeba mieć talent.", jak to mówią.

W czwarteczek bronię swojej pracy, jak lwica małych. Punkt 13:00, jak za czasów PRLu otwierali sklepy z alkoholem, tak ja otworzę drzwi do gabinetu, niczym wieko Puszki Pandory. Odetnę wszystkie macki potworowi, jak Harry Potter łeb smokowi. Po wszystkim pójdę świętować - robiąc TRENING!!! :)

Tymczasem, czas podkuśtykać po spalacz i wziąć się do nauki. Dostałam bana na nogi ale brzuch i ręce zawsze spoko.


czwartek, 27 czerwca 2013

Low carb

Pierwszy post marudera - jestem 10 dzień na lowc carbie i tupię z podniecenia nogami, jak mały dzieciak, bo jutro mój cheat meal. Radość nieopisana, jakby to był mój pierwszy cheat w życiu.
Jestem zła, zmęczona, obolała, bo regeneracja potreningowa nie idzie tak,jak powinna. Rozdrażniona baba ze mnie, bo przez 10 bitych dni miałam 20g węgli na dobę, bo nie mogłam zjeść owoców, nie wspominając o słodyczach, bo przygotowywanie czegokolwiek w kuchni zaczynałam od wyciągnięcia wagi, kalkulatora i zeszytu, w którym zapisywałam gramy i kalorie. ALe jutro, już JUTRO!!!

No ale do rzeczy, o co chodzi z tym moim całym low carbem. Założenia są proste 2-2,5g białka/kg.m.c, 20-30g węglowodanów i reszta to tłuszcze. Wszystko w ramach DWE czyli Dziennego Wydatku energetycznego. Czasami ucina się kalorie i zostawia tylko PPM czyli Podstawową Przemianę Materii. O dziwo to drugie zimą znosiłam lepiej, niż teraz latem z DWE. o.O
Białka - warto zadbać, by było 50/50, jeśli chodzi o źródło pochodzenia, co jest trudne, bo zazwyczaj białko z roślin,to też węgle. Tłuszcze - nie chodzi o to, by jeść łyżką masło albo kieliszkami pić olej, nie ma tak pięknie. Tu wszystko tyczy się tych zdrowszych,pochodzących w szczególności z ryb, bogatych w kwasy Omega.
Przy całej diecie trzeba pamiętać o antyoksydantach czyli produktach, które pomagają nam "w walce" z obciążeniem organizmu, jakie - nie ukrywajmy- serwujemy mu przy zwiększonej ilości tłuszczu i skromnej podaży węgli. Pomidory, ogórki, rzodkiewki, sałata, szpinak, kapusta kiszona, wszystkie zielone - pochłaniać na potęgę.

Co,po co i na co z tymi PPM i DWE później.

Noł eksjkiuses i na trening!



I stało się!
Po namowach otwieram bloga, bo fanpage na Facebook, to nie wszystko. Blog ma dać mi bezczelną możliwość ponarzekania czasami i napisania, jak mi smutno i źle albo wręcz odwrotnie. Fanpage tego nie daje - tam muszę ograniczać się do informacji z zakresu dietetyki - o jejku, jak mi czasami ciśnie się na palce napisanie czegoś! A później...WRÓĆ - nie możesz.
No więc jestem.
Będzie o kuchni, o zdrowym odżywianiu i o treningu. O tym, jak walczę ze sobą.